Smak na zrdowie!
  Szukaj
Kontakt
Mapa
Musisz uaktualnić Flash Player’a
Zaiste, chciałoby się powiedzieć, że ludzie są diabłami na ziemi, a zwierzęta dręczonymi przez nich duszami. Arthur Schopenhauer
Cytat
 
Strona domowa
 
O nas
 
Vege - corner
 
Sieć barów
 
Menu
 
Franchising
 
Kariera
 
Kontakt
 
FAQ
Jesteś tu: StartVege - cornerArtykuły
A A A
 
 
Vege - corner:
Greenway
Sylwetki wegetarian
Pitagoras
      Pitagoras - Wielki  propagator wegetarianizmu    „Wszystko ...
» Więcej
VEGE - PRZEPISY
Zapraszamy do naszej wegetariańskiej książki kucharskiej.
Najnowsze przepisy:
 Tofu z kapustą stożkową
 Zupa krem z czerwonej soczewicy z mlekiem kokosowym
 Ziemniaki w majonezie
 Buraki smażone

Artykuły

W poszukiwaniu wegetariańskiego eldorado
2009-11-16

Od prawie 17 lat nie jem mięsa. I od tego czasu poszukuję wegetariańskiego raju nucąc przy tym piosenkę U2 „I still haven’t found what I’m looking for”. Moje poszukiwania stworzyły ze mnie nomada, który od paru lat włóczy się po świecie z nadzieją na odkrycie wegetariańskiego Eldorado.

 

Wegetarianizm stanu wojennego

 

 Nigdy nie lubiłam mięsa. Przerażały mnie tłuste białe oczy w kiełbasie oraz fioletowe żyły na szynce. Słowa “salceson” nie wymawiam do tej pory. Pamiętam swoje ulubione zabawy z dzieciństwa – zabawa we fryzjerkę oraz przeprowadzanie wiwisekcji na polędwicy. Mojej uwadze nie uchodziła najmniejsza żyłka czy tłusta skóra naokoło wystanej przez babcię, w długiej kolejce “za mięsem”, polędwicy. Tak, muszę przyznać, że urodziłam się w bardzo sprzyjającym wegetarianom czasach. Mięso na kartki, nocne kolejki – słodkie lata 80-te. Czekolada też niestety była na kartki, co i tak nie przeszkodziło mi uzależnić się od niej. Wracając jednak do wegetarianizmu w czasach kryzysu – moja babcia wiecznie narzekała, że szkoda dla mnie mięsa, bo i tak połowa (a moim zdaniem znacznie więcej) zawsze ląduje w śmietniku. Od dzieciństwa byłam bardzo asertywna. Nigdy nie dotknęłam (nawet ręką) salcesonu (brrrrrrr !!!), a konsumentów kaszanki do dziś uważam za potomków Drakuli.

 

 Moja mama też niestety była uparta – udawało jej się zmusić mnie do zjedzenia kurczaka czy schabowego, (ale było „wycinania”…). Przemęczyłam się 18 lat, aż pewnego razu przyszło zawiadomienie z Warszawy… studia. Dostałam upragnioną wolność wegetariańską! Pierwsze lata były bardzo trudne, głównie z powodu moich wątpliwych umiejętności kulinarnych i niezbyt dużego wyboru miejsc wegetariańskiej konsumpcji. Miejsca takie jak Green Way pojawiły się dopiero parę lat później. Po roku mieszkania w Warszawie dowiedziałam się, co to jest tofu. W tamtych czasach można było je kupić w Sezamie. Potem pojawiły się pasztety sojowe, co pozwoliło mi wyspecjalizować się w tworzeniu kanapek. Moja wegetariańska egzystencja była dosyć monotonna – kanapki z pasztetem, kanapki z tofu, kanapki z pasztetem… Tu muszę sprostować jedną rzecz: w wieku 18 lat zostałam semi-wegetarianką. Jadałam, bowiem ryby średnio raz w miesiącu, kiedy odwiedzałam rodziców. O owocach morza nie wspomnę, bo takowe na oczy zobaczyłam pierwszy raz w Afryce w wieku 25 lat. Wśród znajomych pojawiło się paru wegetarian. To podtrzymywało mnie na duchu i często dawało fantastyczne inspiracje kulinarne. Generalnie jednak mój wegetarianizm w Polsce był mało ekscytujący. W związku z nudą panującą w kraju schabowego postanowiłam spróbować szczęścia na innych kontynentach…

 

Trzykolorowa dieta afrykańska

 

 Z odwiedzanych przeze mnie kontynentów Afryka jest chyba najbardziej nieprzyjazna wegetarianom. Chyba tylko Polska jest gorsza. Mieszkałam w Kenii przez pół roku i moje posiłki kolorystycznie wyglądały jak kenijska flaga. Kolor czerwony – czerwona fasola, biały – ugali (mąka kukurydziana zmieszana z gorącą wodą) oraz zielony – zielone smażone liście, których nazwy niedane mi było poznać do końca pobytu w Afryce. Oczywiście, gdybym mieszkała w mieście to być może kolory pojawiające się na talerzu byłyby niczym kredki w sklepie z przyborami do szkoły, ale z własnej woli zostałam zesłana do malej wioski, gdzie ludzie byli raczej biedni niż bogaci i nie mieli czasu na wyrafinowane kolacje. Przez pół roku życia w Mabariri dwa razy zostałam zaproszona na uroczystą kolację z mięsem w roli głównej, z czego druga była kolacją pożegnalną na kilka dni przed powrotem do kraju. Na pierwszej serwowano gotowaną kozę, po zobaczeniu, której dziękowałam Uniwersum, że nie jem mięsa, zatem gospodarzom nie będzie przykro, jeśli odmówię spożywania biednego zwierzęcia tłumacząc się moją filozofią wegetariańską. Sera koziego nie jem również. I wcale nie dlatego, że jest drogi, raczej ze względu na zapach. Gotowana koza roznosi zapach tysiąc razy gorszy niż kozi ser.

 

Trzytygodniowego pobytu w Maroko nie odczułam zbyt boleśnie, gdyż jako turystka nie liczyłam się z forsą. Poza tym 20 dni na kuskusie i oliwkach można przeżyć i na dodatek nieźle się przy tym bawić. Zwłaszcza, jeśli dodać do tego wino marokańskie…

 

Słodko-kwaśny wegetarianizm azjatycki

 

 W ramach prezentu na 30-te urodziny kupiłam sobie bilet do Azji, aby tam właśnie zgłębiać tajniki kuchni wegetariańskiej. Łatwo być w Azji wegetarianinem… pozornie. Oczywiście ilość egzotycznych warzyw i owoców jest tu wielka, ale… pod warunkiem, że… i tu następuje długa lista. Jeśli jesteś turystą i wegetarianinem w Tajlandii, to może ci sie wydawać, że jedzenie w Azji jest tanie. Tak, to prawda. Jedzenie kupowane na straganach jest tanie. Niewyobrażalnie tanie. Przez 2-3 tygodnie możesz jeść na zmianę: smażone warzywa z lub bez tofu, albo pad thai’a (makaron ryżowy z tofu, szczypiorkiem i jajkiem) i nigdy nie wydawać na to więcej niż dolara. Gwarantuję, że raczej ci się to nie znudzi. Znam takich, co jedli pad thai’a przez 2 miesiące i po powrocie do Europy wciąż za nim tęsknią. Jeśli natomiast jesteś ekspatem mieszkającym w Azji od lat, to oprócz silnej potrzeby urozmaicenia diety straganowej zaczynasz odkrywać niebezpieczeństwa związane z konsumpcją na ulicy. I wcale nie mówię tu o higienie, gdyż przypuszczam, że kuchnie w ekskluzywnych restauracjach w Tajlandii czy Wietnamie mają taką samą ilość karaluchów, co kuchnie bazarowe. Chodzi mi raczej o specyfiki, jakie w ramach bounsu dodaje sie do warzyw czy pad thai’a. A dokładnie o jednego groźnego agenta zwanego w Azji MSG. Monosodium glutamate – sama nazwa brzmi jak groźna bakteria. Oczywiście dyskusyjne pozostaje, w jakim stopniu MSG szkodzi zdrowiu. Z własnego doświadczenia wiem, że szkodzi samopoczuciu. Nie wchodzę w szczegóły, bo to mało interesujące i niezbyt smaczne, a w końcu o jedzeniu mowa. Inną kwestią, którą długoterminowi ekspaci biorą pod uwagę są chemikalia dodawane do zdrowej żywności wegetariańskiej. Po pewnym czasie odkrywają, że żywność organiczna jest zdrowsza niż ta z chemią, serwowana na bazarach czy najtańszych jadłodajniach.

 

 Oczywiście ekspaci po odrzuceniu menu straganowego mają kilka opcji do wyboru, ale… i tu następuje kolejna długa lista. Będąc bogatym można mieć do wyboru parę miejsc (głównie w dzielnicach backpakerskich) z bardzo szerokim menu wegetariańskim, na dodatek bez chemii. Inna opcja to żywienie się w domu. Ale kto w dzisiejszych czasach ma na to czas? Będąc osobą z kartą kredytową można sobie pozwolić na dom z kuchnią i panią, która nie dość, że zrobi zakupy to jeszcze ugotuje (a często też pozmywa po obiedzie). Jeśli jednak jest się biedną nauczycielką mieszkającą w suterenie pod sklepem z guzikami, która jedynie sypia w domu, to o takim luksusie można sobie jedynie pomarzyć. Osoby z cienkim portfelem kończą na wiecznych powrotach do tych samych miejsc. Płacą niewiele więcej niż dolara, ale dietę mają tak powtarzalną jak życie pracownika korporacji – codziennie to samo.

 

 Mimo mało wyrafinowanej oferty kulinarnej bardzo mile wspominam pobyt we wszystkich krajach, w których do tej pory mieszkałam. Na tyle mi się to podoba, że nadal jestem w Azji. Życie w Tajlandii zrobiło ze mnie wegetariankę na cały etat, z czego jestem bardzo dumna. Ryby przestałam jeść nie ze względu na smak – nadal je lubię, tzn. tak mi sie wydaje, (choć od paru lat ich nie jem, ale jednak smak pamiętam). To raczej filozofia buddyjska skłoniła mnie pewnego dnia do zastanowienia sie nad sensem krzywdzenia żywych istot. Albo może po prostu chciałam zrobić coś dobrego dla świata (?) Poza tym praktykuję jogę, co często – choć nie zawsze – wiąże się z roślinożernym stylem życia

 

Poszukiwań ciąg dalszy…

 

 Przede mną Chile. Nie mam jednak złudzeń, co do raju na talerzu, no ale w końcu to kraj słynący z wybornego wina, a takie potrafi zabić gorzki smak jajka z ryżem czy fasolą. Gdyby jednak okazało się, że oprócz trunków Chile ma coś więcej do zaoferowania wegetarianom, nie omieszkam uprzejmie o tym donieść.

 

Aga Sarzyńska

Nomadka o wielu profesjach: badaczka, nauczycielka jogi i angielskiego. Chwilowo mieszkająca w Tajlandii

Newsletter
Zapraszamy do subskrypcji naszego Newslettera.
 
 
 
 
 
 




 
www.bioplanet.pl   www.vegeinstytut.pl   www.vegeinstytut.pl/pl/bio_piekarnia_ziarno   www.organicmarket.pl   www.greenway-mtbteam.pl
Polityka prywatności      Zastrzeżenia prawne      Projekt i wykonanie Excelo.      Powered by excelo true CMS system.