Smak na zrdowie!
  Szukaj
Kontakt
Mapa
Musisz uaktualnić Flash Player’a
Macie zwyczaj nazywania dzikimi bestiami węże, leopardy i lwy; lecz sami jesteście splamieni krwią i w niczym nie ustępujecie ich okrucieństwu. One zabijają jedynie dla zdobywania swojego normalnego ... Plutarch
Cytat
 
Strona domowa
 
O nas
 
Vege - corner
 
Sieć barów
 
Menu
 
Franchising
 
Kariera
 
Kontakt
 
FAQ
Jesteś tu: StartVege - cornerArtykuły
A A A
 
 
Vege - corner:
Greenway
Sylwetki wegetarian
Pitagoras
      Pitagoras - Wielki  propagator wegetarianizmu    „Wszystko ...
» Więcej
VEGE - PRZEPISY
Zapraszamy do naszej wegetariańskiej książki kucharskiej.
Najnowsze przepisy:
 Tofu z kapustą stożkową
 Zupa krem z czerwonej soczewicy z mlekiem kokosowym
 Ziemniaki w majonezie
 Buraki smażone

Artykuły

Ważny jest zdrowy i dobry dom – pełen dobrej energii
2010-07-07

Rozmowa na temat wegetarianizmu z rodziną Witkowskich – Anią, Adamem i Mają.

 

Jesteście razem od 17 lat, małżeństwem od 12. Oboje wegetarianie. Czy to właśnie wegetarianizm Was połączył, czy ta decyzja zapadła później?

 

Witkowscy

 

Ania Witkowska: Moja historia przejścia na wegetarianizm zaczęła się w siódmej klasie podstawówki. Wtedy właśnie przestałam jeść mięso. Nigdy nie lubiłam jego zapachu, ani smaku, może z drobnymi wyjątkami. U mnie w domu wszyscy byli zawsze mięsożercami i mój wybór był długo czymś nieakceptowanym i niezrozumiałym. Mama do dzisiaj potrafi zachęcać mnie do zjedzenia kurczaka czy ryby, mimo, że sama ryb nie jada. Jako przedszkolak oddawałam innym swoje kotlety schabowe, a w domu zazwyczaj  zjadał je pies, jak rodzice nie widzieli lub lądował zakopany w doniczce z rododendronem mojego ojca. Na koniec szkoły podstawowej dodatkowo zainteresowałam się buddyzmem, był jakiś wykład o ZEN, ale było to bardzo powierzchowne i nie był to główny powód, dlaczego przestałam jeść zwierzęta. Z Adamem poznaliśmy się w pierwszej klasie liceum, kiedy już oboje nie jedliśmy mięsa. Prawdę mówiąc, trudno mi sobie wyobrazić wspólną kuchnię z kimś, kto je mięso. Nie lubię zapachu mięsa we własnej lodówce... to mało tolerancyjne, ale tak jest. Rodzicom mój wegetarianizm zawsze wydawał się być złym wyborem, ale chyba już go dawno zaakceptowali. Sami niezmiennie jedzą mięso, mama w malutkich ilościach, gorzej z tatą. Ostatnio podsuwam im różne lektury żywieniowe i coś próbują zmienić we własnej diecie. Śmiało jednak powiem, że z domu wyniosłam jak najgorsze zwyczaje żywieniowe.

 

Witkowscy

 

Adam Witkowski: Rzeczywiście wegetarianami zostaliśmy osobno, zanim się poznaliśmy. U mnie zaczęło się od tego, że nie przepadałem za smakiem mięsa, właściwie od kiedy pamiętam. Nie umiem sobie jednak przypomnieć, w jakim dokładnie momencie przestałem jeść mięso. Jak miałem lat 12-13 to jadłem jeszcze ryby, ale przestaliśmy je jeść razem, na studiach. Na weganizm chyba nie umiałbym się przerzucić, uwielbiam sery... Nie jadłem jajek przez jakiś czas, ale nie starczyło mi determinacji.

 

Studiowaliście razem na gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie Adam dzisiaj jest wykładowcą. W trakcie studiów Ania zaszła w ciążę i na świecie pojawiła się Wasza córka Maja. Jak sobie radziliście? Czy dalej konsekwentnie trzymaliście się diety wegetariańskiej? Maja również nie je mięsa?

 

Witkowscy

 

Ania Witkowska: W czasie ciąży nie jadłam mięsa, choć zdarzyło się, że kilka razy zjadłam rybę. Czułam się świetnie i  niczego mi nie brakowało bardziej niż innym kobietom w ciąży. Poza tym mamy z Adamem konflikt serologiczny i tu przez całą ciążę otrzymywałam przeciwciała, ale to niezależne już od diety. Przytyłam w ciąży 6 kg – mało, ale było to nie tylko związane z dietą. Nie mogłam przytyć za dużo, bo mając 15 lat uległam złamaniu kręgosłupa. Lekarze mnie straszyli, tymczasem wszystko poszło gładko i zdrowo. Dzień przed porodem zdawałam ostatnie egzaminy na studiach, a w dniu porodu przeszłam jeszcze kilka kilometrów. Maja ważyła równe 3 kg i miała 58 cm długości. Była taka akurat – idealna, w sam raz! Zdrowa, dobrze rozwinięta, nie miewała kolek, nie chorowała. Tylko spać w nocy nie lubiła. Niestety, spała za dnia, ale na szczęście później się to zmieniło. W wieku przedszkolnym jadła jeszcze mięso, tzn. głównie w przedszkolu. Szkoła była jednak cezurą – tu obiady w stołówce okazały się być fatalne i Maja sama na całego wycofała się z mięsożerstwa. Na wszystkich obozach, zielonej szkole zawsze ma zakreśloną dietę wegetariańską i czasami nawet dzieci jej zazdroszczą pysznych potraw. Czasami jest i tak, że na ognisku dostaje kawałek suchego chleba. Jesteśmy już jednak przygotowani na taką monotonię i sami podsuwamy organizatorom (na przykład) kuligu własne rozwiązania, czyli owoce, warzywa na różne sposoby. Maja obecnie nadal je ryby i przepada za krewetkami. Nie bronimy jej tego, nie chcemy niczego narzucać. Niech je tak jak czuje. Od urodzenia konsekwentnie nie je jajek w czystej postaci. Nie wie, co to jajecznica, jajko na miękko czy na twardo – nie lubi jego zapachu i smaku. Nie zmuszamy jej więc do jedzenia. Jest bardzo wysoka i dość szczupła, ale na tle klasy wypada bardzo fajnie! No i z dumą powiem, że mądra z niej dziewczyna. Do tego gra na perkusji w postpunkowych Samorządowcach.

 

Oboje jesteście bardzo zapracowani. Często w związku z pracą jesteście w licznych rozjazdach. Czy macie czas na gotowanie? Wspólne jedzenie posiłków?

 

Ania Witkowska: Z gotowaniem jest różnie. Ostatnio często kończy się na jedzeniu na mieście. W Green Way'u zaczęliśmy jeść już na studiach – najczęściej w Gdańsku na Garncarskiej, blisko naszej uczelni. Mieliśmy mało pieniędzy, a tam mogliśmy zjeść smacznie, bez mięsa i co najważniejsze tanio, w sam raz na naszą kieszeń. Ja osobiście zawsze kochałam pierwszego sopockiego Green Way'a. Zdarzało się, że w ogródku kasztany z drzewa wpadały nam do talerza. To było niesamowite. Było tam ekstra i dużo fajnych ludzi można było spotkać, którzy nie jadali mięsa. Teraz najczęściej jadamy w Green Way'u przy Dworcu PKP we Wrzeszczu, na Dmowskiego – a jak trwał u nas remont kuchni to jadaliśmy tam codziennie przez miesiąc. Choć muszę szczerze przyznać, że nie podoba nam się połączenie lokalu z Subwayem. Maja najczęściej zamawia gulasz meksykański, sok marchwiowy lub koktajl truskawkowy. Jest też miłośniczką naleśników z owocami. Ja jestem zawsze chętna na ryż z owocami. Lubię też zupy – szczególnie  chłodnik czy barszcz ukraiński. W domu zresztą też chętnie gotuję różne zupy. Są pożywne, zdrowe i mogą być bardzo różnorodne. Reszta rodziny jednak umiarkowanie za nimi przepada. Ostatnio staram się co drugi dzień jeść kaszę jaglaną, która doskonale oczyszcza wątrobę i wspomaga trzustkę. Dorzucam też imbir do różnych dań. Majka szczególnie lubi orientalne przyprawy. Mamy taką paczkę Birhani – to nasz faworyt. Tej przyprawy nauczył nas używać artysta z Iraku rezydujący kiedyś w Instytucie Sztuki Wyspa. W zamian za pomoc w realizacji pracy przyszedł i ugotował wielki garnek ryżu z różnymi specjałami.

 

Adam Witkowski: Oboje gotujemy, ale tak jak Ania mówi, lubimy też chodzić zjeść na mieście. W wielu restauracjach spotyka nas oczywiście to samo, co każdego niejedzącego mięsa lub mającego jakąś odmienną dietę. Menu wegetariańskie zwykle ogranicza się do  jednej lub dwóch potraw. Na podstawie tak wąskiego menu tworzymy swój ranking trójmiejskich lokali. W domu zazwyczaj przyrządzam ryż z warzywami – różne opcje, często pasty gotujemy zamiennie. O tej porze roku jemy też sporo sezonowych warzyw i owoców. Zimą Ania lubi piec własne pieczywo i różne paszteciki, np. z soczewicą i selerem, wieniec z suszonymi pomidorami. Jest też mistrzynią Tiramisu, którym tylko my się z Mają  delektujemy, bo zawiera żółtka i kawę, których Ania nie spożywa.

 

Maja Witkowska: A ja bardzo lubię piec sernik z pomarańczami wraz z moją Mamą. Mama robi najlepsze ciasto marchewkowe, a Tata ryż z warzywami na ostro. Bardzo lubię oliwę extra virgin i raczej nie jem masła. No chyba, że to masło ziołowe lub szałwiowe zrobione przez Tatę. Lubię też kaszę i ryż – na wszelkie możliwe odmiany. Uwielbiam też potrawy z czosnkiem. No i za sushi przepadam. Po prostu zawsze mam na nie ochotę. Szczególnie lubię te w Domu Sushi. Można tam dostać masę wykwintnych wegetariańskich maków, na ostro, na słodko, z owocami, etc. Z deserów uważam, że najlepsze są lody, choć wolę sorbety! Niestety, lubię też nutellę. Ostatnio zmartwił mnie przeczytany przez Mamę artykuł z Gazety Wyborczej o zawartości tłuszczu w tej legendarnej włoskiej czekoladzie.  Na razie więc przestałam jeść kanapki z nutellą. Z kolei po obejrzeniu filmu Super Size Me nie wchodzę do McDonalds. Wyjątek stanowi presja wycieczki  klasowej..., kiedy nie mam wyjścia, ale naprawdę unikam. Wiem też na czym polega ruch slow food. Byłyśmy z Mamą na Wzgórzach Dylewskich u Ireny Eris. Ale jestem bardzo rozczarowana. Wygląda na to, że w Polsce nabiał i mięso postrzegane są jako slow food. W tej  restauracji nie było żadnego dania wegetariańskiego, poza jedną sałatką, niestety...

 

Ania Witkowska: Dla mnie sporą inspiracją w kuchni jest postać Jamiego Oliviera – lubię jego programy oraz książkę kucharską Jamie w domu. Polecam wszystkim, bo  masa tam prostych patentów, np. na szparagi, za każdym razem smakują inaczej. Polecam tu patelnię grillową. Poza tym lubię, jak ktoś rozkłada 4 cegły, na nich rozpina pręty i grill gotowy – prosto, a wegetariańskie jedzenie znakomite. To, co moim zdaniem ważne w kuchni to świeże zioła. Zawsze staramy się je mieć. Ratują wiele dań. Poza tym, jak wspomniałam, jadamy na mieście, choć dla mnie to pewna trudność, bo nie mogę spożywać cebuli, czosnku i potraw smażonych, więc bywa, że trudno mi coś jeść poza domem. Ale na szczęście jest kilka miejsc, które mogę polecić, np. w Sopocie Tesoro – zawsze świeżo, domowo, a w menu tygodnia są przynajmniej trzy potrawy wegetariańskie na ciepło. Poza tym znają nas tam dobrze, a Pan Kucharz modyfikuje mi każdą potrawę, wedle życzenia, tak jak poproszę. Bardzo dobre sałaty serwuje też Petit Paris. W Sopocie pojawiły się też dwie nowe tajskie restauracje i tam wegetarianie również znajdą coś dobrego dla siebie.

 

Dużo podróżujecie nie tylko po Polsce, ale i poza krajem. Czy macie jakieś wegetariańskie wspomnienia ze swoich podróży? Jakiś kraj Was oczarował pod kątem wegetariańskich smaków?

 

Ania Witkowska: Co do najsmaczniejszej kuchni wegetariańskiej, to w moim odczuciu dla wegetarian, najfajniejszym z odwiedzonych przeze mnie miejsc jest RPA. Pyszne warzywa, ryż i owoce, wszystko świeże, proste i dobre. Bardzo dużo dobrego jedzenia jadłam też w Nowym Jorku. To jest wspaniałe miejsce. Tam nigdy nie miałam problemów z wegetariańskim jedzeniem, zupełnie inaczej niż na przykład w Paryżu czy Barcelonie. Nigdy nie byłam w Tajlandii, ale dużo dobrego słyszałam. Oglądając jednak kulinarne podróże Anthony'ego Bourdaina wnioskuję, że jedzą tam sporo różnego mięsa, więc nie wiem czy to najlepsza dla mnie opcja. Nie planuję też diety wegańskiej, raczej bardziej chciałabym się skupić na kuchni Pięciu Przemian. Chciałabym też kiedyś przejść coś na kształt oczyszczającej diety. Oglądałam dokument o koreańskich mnichach, którzy po odosobnieniu jedzą potem przez dwa miesiące same oczyszczające, detoksykujące dania – liście lotosu, pokrzywy, etc., różne zupy –  tego rodzaju zespolenie ciała z umysłem musi być czymś niesamowitym. Koniecznie muszę to sprawdzić.

 

Czy kiedykolwiek mieliście jakieś problemy zdrowotne czy społeczne związane z dietą wegetariańską?

 

Adam Witkowski: Ja nigdy nie miałem żadnych problemów związanych ze swoją dietą. Oczywiście, czasem trzeba było się przed kimś wytłumaczyć, ale nie pamiętam, aby działo się coś przykrego. Majka chyba też nie miała do tej pory kłopotów, wręcz przeciwnie. Na klasowych wyjazdach dostaje danie przygotowane specjalnie dla niej. Jest zdrowa, piękna i mądra – rozwija się wspaniale. Przyznam jednak, że sam nie dbam jakoś przesadnie o bilansowanie własnej diety. Staram się jeść jak najświeższe rzeczy. To jest moją, naszą wspólną wytyczną.

 

Ania Witkowska: No ja niestety, głównie chyba z uwagi na mój tryb życia i dość stresującą pracę, bardzo ciężko się rozchorowałam w zeszłym roku i to mnie wyrwało z mojej złej, dotychczasowej diety. Nagle okazało się, że mój organizm się zbuntował. Nie mogę jeść prawie nic, wszystko mi szkodzi i już nie wystarczą trzy, cztery kawy oraz pośpiesznie zjedzona kanapka zamiast obiadu, a taki tryb życia prowadziłam przez kilka ostatnich lat... Ten fragment brzmi bardzo poważnie, ale od diety zależy tak dużo aspektów naszego życia i należy poświęcić wiele atencji jedzeniu, przygotowywaniu pokarmów, aby być zdrowym i szczęśliwym. Między innymi chodzi też o nie jedzenie czerwonego mięsa. Niestety, uległam presji otoczenia i wycięłam woreczek żółciowy. Niemniej byłam już w kiepskim stanie. Przeszłam ziołową terapię dr Tenzina Jangchuba, którą polecam każdemu, kto ma problemy z układem trawiennym, wątrobą czy trzustką. Zioła są naprawdę fajną sprawą. Wymagają jednak skupienia, determinacji i czasu. To, o czym trzeba pamiętać w każdej diecie, to duża ilość płynów, czystej wody czy zielonej herbaty – ratuje to z każdej opresji. Majka w każdej poważniejszej chorobie, gdy wysoko gorączkuje omija jedzenie, za to bardzo dużo pije. W taki intuicyjny sposób szybciej zdrowieje. Staramy się też omijać antybiotyki. Niestety, mój zeszłoroczny pobyt w szpitalu, to bardzo czarne wspomnienie. Zrobię wszystko, aby nie musieć tam już nigdy wrócić!

 

Uprawiacie jakieś sporty? Poza dietą, dbacie jakoś szczególnie o siebie?

 

Adam Witkowski: Muszę przyznać, że jeśli chodzi o sport to mam poważne zaniedbania. Moim regularnym wysiłkiem fizycznym są koncerty i próby, które gram z moimi zespołami.

 

Ania Witkowska: Ja bardzo długo po wypadku (złamany kręgosłup) nie uprawiałam żadnego sportu. Miałam zakaz i na lata tak mi zostało, a to był błąd. Niestety regularnie nie uprawiam żadnego sportu, z uwagi na brak czasu. Zimą dwa razy w tygodniu wszyscy chodziliśmy na basen. W tym roku nauczyłam się też jeździć na nartach. Przez trzy miesiące udało mi się dość regularnie chodzić na jogę. Joga to  świetna sprawa. Uczyła mnie Kamila Świąder. Bardzo fajne zajęcia. Niestety, mój tryb pracy wyklucza taką regularność, więc te ćwiczenia, które znam, staram się wykonywać sama. Nie zawsze jednak o tym pamiętam. Ale od półtora miesiąca jeżdżę na rolkach. Od dzieciństwa nie lubię łyżew, ale rolki to jest coś super. Staramy się z Mają jeździć 20 minut dziennie ścieżką przez las. Czasami jeżdżę sama, bo rolki to jednak nie jest faworyt Mai. Ale właśnie dzięki nim mogę zresetować głowę. Jak za dużo w niej pracy i problemów to od razu potrafię się wywrócić, a to bardzo bolesne. Tak więc sport oznacza dla mnie oczyszczenie głowy. W ostatnią niedzielę udało mi się stać 2h na desce surfingowej i chyba wrócę do tematu. Uważam, że sport powinien być ważny w naszym życiu, a przynajmniej powinniśmy mieć czas na spacer i głęboki oddech – bez tego żadna dieta nie pomoże. Marzę o wolnym czasie, o podróżach, bo bardzo je lubię, szczególnie o dwóch tygodniach wakacji, w tzw. jednym ciągu, ale to niestety mało realne, z uwagi na ogrom pracy.

 

Czy w Waszym kręgu towarzyskim jest wielu wegetarian? Próbujecie sami kogoś namówić na zmianę nawyków żywieniowych? A może pojawiają się jakieś wątki propagujące wegetarianizm w Waszej sztuce?

 

Witkowscy

 

Adam Witkowski: Sztuka to etyka i estetyka. Sądzę, że to rewiry z których nasze wegetarianizmy się wywodzą, ale w moim odczuciu, sztuka nie jest miejscem na dyskusje o diecie, chociaż Ania zrobiła jedną pracę z użyciem wątroby. Raczej niewiele osób wokół nas nie je mięsa, (choć oczywiście się zdarzają), za to prawie wszyscy niestety palą papierosy. Nie agitujemy za niczym, chociaż tak naprawdę chciałbym, aby przestali palić, bo to mi zwyczajnie przeszkadza. Może potem namówię ich na wege.

 

Ania Witkowska: Czy takie wątki pojawiają się w mojej twórczości? Hmmm, rzeczywiście mam całą stertę plakatów z rozkładającą się wątrobą, ale ten poster dotyczył raczej rozpadu, miał mieć bardzo turpistyczny charakter, ironiczny, nie miał jednak nakłaniać do niespożywania mięcha. Jeżeli jednak spotkałbym się z taką interpretacją, to też byłabym zadowolona. Nie namawiam ludzi na wege, lecz na myślenie o jedzeniu. Sama przez wiele lat popełniałam żywieniowe błędy. Zresztą mam trochę znajomych wege. Chyba nie czuję takiej misji, uważam, że każdy sam wybiera dla siebie to, co najlepsze. Jeśli ktoś zapyta, to jasne, że zachwalam taką dietę. Nie agituję jednak. To, co ważne w życiu to wewnętrzny spokój, harmonia akceptacja – wówczas wszystko się dobrze układa, nie trzeba wartościować, tak sobie myślę. Wówczas jesteśmy pogodni i zadowoleni. Ważny jest zdrowy i dobry dom – pełen dobrej energii. A gotowanie i jedzenie jest super sprawą – jednoczy ludzi, zbliża do siebie i czyni szczęśliwymi! Żal mi tych wszystkich zwierząt w ubojniach. Podpisuję każdy możliwy protest, oddaję 1% podatku na ratowanie zwierząt, etc. Nie mamy żadnego zwierzaka aktualnie w domu, (głównie z uwagi na nasz bardzo dynamiczny tryb życia), ale zawsze zwierzęta kochałam, kocham... i  zawsze będę.

 

Dziękuję Wam serdecznie za rozmowę.
Diana Dziworska

Newsletter
Zapraszamy do subskrypcji naszego Newslettera.
 
 
 
 
 
 




 
www.bioplanet.pl   www.vegeinstytut.pl   www.vegeinstytut.pl/pl/bio_piekarnia_ziarno   www.organicmarket.pl   www.greenway-mtbteam.pl
Polityka prywatności      Zastrzeżenia prawne      Projekt i wykonanie Excelo.      Powered by excelo true CMS system.